Megan tuliła się do mamy cały czas,nie chciała jej puścić.Po 10 minutach ktoś zapukał do sali.Jak zobaczyłam że to Justin to tylko przewróciłam oczami.
-Mag,ja spadam, do widzenia...-pożegnałam się.
-Nie stój...Nie zostawiaj nas.-powiedziała Megi
-Nie ja idę,masz jeszcze Marcela.
-Ej,ja też tu jestem-wyrwał się Justin.
-Tak,ale ty jesteś nie potrzebny, bo na ciebie nie można liczyć.-ruszyłam w stronę drzwi.
Juss mnie chwycił za rękę.Ale zaraz ją szarpnęłam na dół i wyrwałam się z jego uścisku.
-Czekaj,Vicki pogadajmy....
-Justin nie ma o czym gadać,gdybyś nie był takim głupcem to wszystko było by okej,ale...jesteś idiotą,nie chce z tobą gadać!-powiedziałam i zamknęłam drzwi.
Słyszałam jak Marsel mówi do Justina żeby za mną szedł,jak mu zależy aby wszystko było dobrze.Nie odwracałam się,jednak po chwili poczułam jak ktoś mnie chwyta od tyłu.Trzymał mnie raz ramiona i nie pozwolił wykonać żadnego kroku.
-Puszczaj!Justin,nie chcę z tobą gadać,jesteś dupkiem rozumiesz!
-Skąd wiesz że to Justin ?-zapytał gruby głos.
Odwróciłam głowę do tyłu, Boże to był Ron...
-Czego chcesz!?-krzyknęłam mu prosto w twarz.
Zaraz jednak przyszła pielęgniarka.
-Proszę nie krzyczeć tu jest szpital,ludzie mają tu odpoczywać a nie słuchać jak się ktoś kłóci,jak państwo mają zamiar dalej krzyczeć proszę wyjść.
-Niech pani zawoła policje,ten człowiek jest zły...
-Nie dramatyzuj dziewczyno.
Ja mam nie dramatyzować,to jest przyjaciel tego całego "szefa" gangu który nas szuka...Głupia baba!Ale nagle ten człowiek mnie puścił.Czemu ? Ta.. już wiem,Justin zaczął się z nim szarpać.Próbowałam ich uspokoić.Przybiegły 3 salowe i recepcjonistka,dwie chwyciły Rona a drugie dwie Justina.Ja stałam jak wryta,popatrzyłam się na fagasa mojej mamy miał rozwaloną wargę a Juss łuk brwiowy.
-Mówiłam,że miałyście iść po policje.-powiedziałam oschle do pielęgniarek które wyprowadziły Rona przed szpital.Nagle z za drzwi wyszła Megan i Marsel.
-Co się tu działo !?
-Co przegapiłem....-powiedział Marcel.
-Justin,biłeś się?Krew ci leci...-zapytała Meg.
Ja nic nie mówiłam,nie podeszłam nawet do niego.Wiem uratował mnie,bo ten gościu pewnie by mnie uprowadził,ale to jego wina...
Cała trójka się na mnie patrzyła,przecież nic nie zrobiłam.
-Może byś się pogodziła z Justiem ? Uratował Cię... -podeszła do mnie Megi
-Dobra kumam,ale...
-Nie ma ale,godzisz się,bił się tylko po to żeby ci dupę uratować a ty się z nim nie pogodzisz !?
Kurcze uraziłabym swoją dumę,ale to nie było najważniejsze, warze było to co mówiła mi Megan.
Podeszłam do Justina.
-Dziękuję i przepraszam...
-Już okej Vick.
-Dobra,musimy uciekać,oni nas zamordują !-krzyknął Marcel.
-A co z moją mamą ?Ona się spotyka z tym całym Ronem...
-I moją ?!A moja leży w szpitalu ...
-Nie wiem co wymyślicie ale jak chcemy przeżyć to musimy się przeprowadzić...
-Dobra,idę do mojej mamy.
-Ja jadę do domu pogadać z mamą.-powiedziałam
-Jadę z tobą.-wyrwał się Justin.
Ni chcę dłużej ciągnąć rozmowy wsiadłam do Justina auta i pojechaliśmy,Meg i Marsel zostali z mamą Megan. Dojechaliśmy w ciszy,leciało tylko radio. Weszłam do domu,poszłam z Justinem do kuchni.
-Nie no znowu ty !?-krzyknęłam .